wyprawy wakacyjne

 


                                                                            poniżej relacje z wypraw

                                                    (w kolejności, latami, od 2013 roku, ostatnia na końcu)

______________________________________________________________

Pięć państw, pięć stolic-  TOUR DE BALTICA - czerwiec-lipiec 2013

SZWECJA - Sztokholm,
FINLANDIA - Helsinki,
ESTONIA - Talinn,
ŁOTWA - Ryga
LITWA - Wilno

Ósemka rowerzystów z STR Milanówek - Grażynka, Agnieszka, Halinka, Staszek, Janusz, Krzysiek, Paweł i Adam w dniach 22.06 - 07.07
odwiedziła pięć państw nadbałtyckich
i zwiedziła pięć stolic.
Przejechaliśmy w sumie na rowerach
1221 km.





Z Milanówka do Sopotu udaliśmy się pociągiem, tam już czekały na nas rowery, których do polskich kolei nie udało nam się zabrać. Z Sopotu na kołach ruszyliśmy do portu w Gdańsku, na prom do Szwecji, do Nynashamn. Tam rozpoczęliśmy pierwszy etap podróży do Sztokholmu - dystans 74 km. Szwedzkie drogi rowerowe do pozazdroszczenia, kultura kierowców rozbrajająca, puszczali nas zawsze i wszędzie. W Sztokholmie chcieliśmy odwiedzić królową, niestety była zajęta, przywitali nas tylko strażnicy.

Na nocleg wybraliśmy park niedaleko terminalu
promowego. W Szwecji jedną noc można przespać się praktycznie wszędzie.


Następnego dnia rano wyruszyliśmy promem do Finlandii, do Turku pierwszej stolicy tego państwa. Płynęliśmy 10 godzin podziwiając wokół mnóstwo wysp, miedzy innymi słynne Alandy.

Turku nas nie zachwyciło, po szybkim zwiedzeniu tego miasta wyruszyliśmy za miasto w poszukiwaniu noclegu. Tego dnia nie byliśmy wybredni, przespaliśmy się pod mostem na rzeką.

Kolejny etap to 102 km. Finlandia zaskoczyła nas
niesamowitymi wzniesieniami. Wprawdzie to nie góry, ale na podjazdach trzeba było ciężko się napracować. Z miejscem na nocleg był trochę problem. Brzegi jezior zajęte przed prywatnych właścicieli. W końcu wylądowaliśmy na małomiasteczkowym kąpielisku. Tam odpoczęliśmy i rozprostowaliśmy kości.


Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Helsinek. Po drodze wstąpiliśmy nad morze w miejscowości Inga zobaczyć jak wygląda Bałtyk z drugiej strony. Zupełnie inaczej, piasku jak na lekarstwo, skałki a w morzu wyspy, wyspy, wyspy.








Niestety tego dnia nie dotarliśmy do Helsinek, był niesamowity upał i znowu te wykańczające podjazdy, choć niektórych rajcowały. Ja z Krzyśkiem urządzałem sobie na nich wyścigi, nawet raz wygrałem, przy trzech przegranych. Nocowaliśmy pod Helsinkami w miejscowości Espoo na campingu.
Przejechaliśmy 110 km.

Helsinki przywitały nas deszczowo.
Oglądaliśmy miasto z rowerowego siodełka kierując się w stronę portu. Tam zakupiliśmy bilety na prom do Talina, przestało padać, mieliśmy jeszcze dwie godziny do odpłynięcia promu więc wróciliśmy jeszcze raz do Centrum obejrzeć choć trochę Helsinki.
Z Helsinek do Talina płynęliśmy dwie godziny. Niesamowicie wiało, a mewy Januszowi zjadły cały zapas chleba.


W Talinie był już wieczór więc zwiedzanie miasta odłożyliśmy na rano (choć tam zwiedzać można i całą noc, kładliśmy się spać późno, wstawaliśmy wcześnie rano, a i tak było ciągle widno)
Nocowaliśmy na campingu jachtowym, na którym podczas olimpiady w Moskwie w 1980 roku odbywały się zawody żeglarskie. Nazajutrz rano zwiedziliśmy urokliwą Talińską starówkę i objechaliśmy pozostałości murów obronnych tego miasta.


Kolejnego dnia zrobiliśmy 90 km po estońskich drogach. Po drodze w starym odrestaurowanym młynie pod Kohillą zjedliśmy obiad, który jeszcze długo wspominaliśmy. Łososia z frytkami i sałatkami, ale takie porcje, że ciężko było upchać. Zatrzymaliśmy się w malutkiej wiosce Lau. Nocowaliśmy na prywatnej posesji w jednym z gospodarstw. Właściciele przyjęli nas bez żadnych oporów.

Kolejny etap to 109 km do Parnu, drugiego co do wielkości miasta w Estonii. Zatrzymaliśmy się na campingu nad rzeką Parnu. Tam obchodziliśmy imieniny Pawła i moją rocznicę ślubu. Był szampan i tańce nad rzeką. Tam również spotkaliśmy grupę polskich rowerzystów z księdzem Zbyszkiem spod Żywca.



Nazajutrz rano objechaliśmy Parnu i ruszyliśmy w stronę Łotwy. A że z Parnu do łotewskiej granicy prowadzi droga wzdłuż morza postanowiliśmy zobaczyć jak wyglądają estońskie plaże. Sam dostęp do morza to straszny kłopot, wszędzie posesje prywatne, ogrodzone, albo gospodarstwa wiejskie z dostępem do morza.
W końcu sworsowaliśmy jedną z bram i ukazał się niesamowity widok. Ludzi może z 5, 7 osób o wkoło pastuchy elektryczne a na plaży i w morzu krowy.


Po południu tego dnia byliśmy już na Łotwie.

Wioski podobnie jak w Estonii, w których domy w większości pokryte eternitem. I choć to już państwa unijne, czuć jeszcze zapach starego Związku Radzieckiego. W dzisiejszym etapie przekręciliśmy 126 km i zatrzymaliśmy się na nadmorskim campingu 70 km przed Rygą we wiosce Tuja. Tu Paweł musiał przerwać na chwilę jazdę, pękła mu obręcz. Niewielkie pęknięcie pojawiło się już w Helsinkach, ale stwierdziliśmy, że można jeszcze tak trochę jechać. Tu nastąpił krach, pęknięć było coraz więcej i dalsza jazda byłby już dużym ryzykiem. Wszystko się jednak szczęśliwie zakończyło. Właściciel campingu podwiózł Pawła do Rygi, do serwisu i tam wymienił obręcz.

Pod Rygą spotkaliśmy się z Pawłem i ruszyliśmy na podbój kolejnej stolicy.








Po zwiedzeniu Rygi postanowiliśmy wyjechać ze stolicy Łotwy poszukać miejsca na nocleg. Przejechaliśmy 93 km.
W Kekawie nad rzeką, na łące rozbiliśmy swój obóz na dziko. Tu obchodziliśmy kolejne święto na naszej wyprawie, imieniny Halinki.



Następnego dnia byliśmy na Litwie.
Po płaskich dwóch poprzednich krajach zaczął się teren lekko pagórkowaty, ale w porównaniu z Finlandią był to już dla nas przysłowiowy pryszcz.
Dotarliśmy do miejscowości Birże, gdzie obejrzeliśmy pałac należący kiedyś do polskich rodów - Radziwiłłów i Tyszkiewiczów. Nocleg tym razem w luksusowych warunkach, w hotelu. Etap liczył 89 km.


Kolejny etap był najdłuższy na całej wyprawie. Przejechaliśmy 129 km. Jechaliśmy również autostradą ale zasmakowaliśmy też litewskiego szutru.



Upał mocno dawał się we znaki, ale wszystko wynagradzały nam przepyszne litewskie obiady. Chłodniki, palce lizać, do tego kartofle ze śmietaną, skwarkami, plemienie, przepyszne litewskie pierożki. Takiego żarła nie było w żadnym z poprzednich krajów.



W miejscowości Kupiskis udzieliliśmy wywiadu do miejscowej prasy. Po za tym na całej trasie było zainteresowanie naszą grupą, pytali skąd dokąd jedziemy,  zwłaszcza jak jechaliśmy w koszulkach naszej sekcji. Ludzie robili sobie z nami zdjęcia, japońscy turyści fotografowali nas ukradkiem.

Tego dnia nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy nocować. Właściciel lokalu, gdzie jedliśmy obiad powiedział nam, że 37 km stąd jest kemping nad rzeką w miejscowości Kernave. Fajnie, po tak trudnym etapie będzie kąpiel i toaleta. Okazało się, że miejsce fajne ale prysznic w rzece a toaleta w krzakach

Z Kernave ruszyliśmy do Trok pod Wilnem, a że wyszło tego dnia 111 km. Udaliśmy się wprost na camping nad Trockim jeziorem, gdzie kąpać się można było do woli i pod prysznicem i w jeziorze, z którego brzegów rozciągał się piękny widok na zamek.


Przed nami ostatnia stolica Wilno. Z samego rana ruszyliśmy do Wilna. Pierwsze kroki, raczej nasze rowery skierowaliśmy na cmentarz na Rossie, gdzie jest pochowana matka Józefa Piłsudskiego i serce marszałka. Pod grobem marszałka polska staruszka recytowała nam swoje wiersze o polskich żołnierzach.



W Wilnie pokręciliśmy się trochę po starówce i odwiedziliśmy
Ostrą Bramę.






Następnie wróciliśmy do Trok, do dzielnicy Karaimów (tatarów zamieszkałym tu na Litwie, kultywującym jeszcze prastare swoje tradycje, z którymi robiliśmy sobie zdjęcia). Zjedliśmy obiad w karaimskiej knajpce, znowu pycha.



 
Po obiedzie ruszyliśmy na trocki zamek, spodziewaliśmy się że będzie to kwitesencja naszej wyprawy, miejsce naprawdę godne uwagi. I co ?
I było, zamek rzeczywiście wspaniały, utrzymany, wewnątrz wiele ciekawych ekspozycji.



Następnego dnia wróciliśmy do Wilna. To koniec naszej wyprawy rowerowej. Z Wina, przez Kowno, Sestokai wróciliśmy pociągiem do Warszawy. Cały zakładany plan zrealizowaliśmy.
w dwa tygodnie odwiedziliśmy pięć stolic - Sztkoholm, Herlsinki,
Talinn, Ryga, Wilno, która najbardziej się podobała? Zdania były podzielone, ale najwięcej głosów padało na Talinn i Rygę.


Całość fotorelacji w galerii.

__________________________________________________________________________


NAD PIĘKNYM MODRYM DUNAJEM   czerwiec-lipiec 2014

Tegoroczny wyjazd wakacyjny przebiegał przez cztery kraje; Węgry, Słowację, Austrię i Czechy. Zwiedziliśmy trzy stolice - Budapeszt, Bratysławę i Wiedeń. Przekręciliśmy ponad 600 km.

Podróż rowerową zaczęliśmy od Budapesztu. Na tę stolicę, jedną z najpiękniejszych w Europie poświęciliśmy cały dzień. Przed wyjazdem z Budapesztu zajrzeliśmy do Gedeon Richter (firmy, która przejęła grodziską Polfę) i ruszyliśmy wzdłuż Dunaju do Szentedre , miasteczka, które przypomina nasz Kazimierz nad Wisłą liczy 23 tys. mieszkańców i przyjmuje rocznie ok. 1,5 mln gości. Czy trzeba lepszej zachęty? Ta architektoniczna i krajobrazowa perełka to brama do Zakola Dunaju, „miasto Serbów” i „miasto baroku”, „miasto malarzy”...Następnie do Vysechradu dawnej stolicy Węgier, a tam na wzgórzu zamek, wysoko, - na wjazd zdecydowała się tylko czwórka; Paweł N, Krzysiek, Rafał i Grażynka, reszta pojechała na camping do Domos nad najpiękniejsze zakole Dunaju. Następnego dnia odwiedziliśmy najświętsze miasto na Węgrzech - Esztergom z ogromną Bazyliką.Tam po odsieczy Wiedeńskiej zawitał Jan III Sobieski, ma swój pomnik nad Dunajem, lata później zawitał też STR Milanówek - pomnika jeszcze nie ma.


Następnie wzdłuż Dunaju do Komarno, na słowacką ziemię i odnowa biologiczna na basenach termalnych. A potem, potem pomyliliśmy trasę, spotkała nas burza, po drodze "szczęśliwa wiata", był to najdłuższy etap wyprawy - 127 km, ale planowo dotarliśmy do Bratysławy. Zwiedziliśmy Bratysławski zamek i starówkę. Słowacja na pierwszy rzut oka okazała się krajem dużo bogatszym niż Węgry. To już Europa.

Austria to już inna bajka. Z Bratysławy do Austrii jechaliśmy ścieżką rowerową na wale przeciwpowodziowym nad Dunajem. Po drodze odwiedziliśmy Bad Deutsch Altenburg, miasteczko z największymi w Austrii murami obronnymi.Następnie Petronel Carnuntum - gdzie  mieścił się rzymski obóz wojskowy oraz stolica rzymskiej prowincji Panonia. Potem już prosto do Wiednia, z przeprawą przez Dunaj i plażą nudystów. Wiedeń zwiedzaliśmy w grupach, zaliczyliśmy m.in operę Wiedeńską, Ratusz, Katedrę św. Stefana, pomnik Mozarta, pałac Hofburg i Schonbrun. Na koniec park rozrywki na Praterze.

Na koniec zostały nam Czechy ale zanim tam dotarliśmy jeszcze większość drogi ciągnęła się przez Austrię. Meta była w czeskim Breclaviu, skąd następnego  dnia pierwsza grupa wyjechała pociągiem do Polski. Wieczorem na campigu przy czeskim country trochę poszleliśmy.
Nazajutrz ci co zostali w ponad 30 stopniowym upale zwiedzili jeszcze Lednice i Vetlice morawskie pałace wpisanę na listę Unesco.

W wyprawie Nad Pięknym modrym Dunajem udział wzięli:

_______________________________________________________________________________
 

Kaukaz - Gruzja - pętla Svanetii  wrzesień 2015

Plan to Gruziński Kaukaz (region Svaneti  -  zrealizowany.
 Od Kuitasi, Ureki nad Morzem Czarnym, od poziomu Zero do Mesti, Uszguli przełęczy Zagaro 2623 m.n.p.m i w dół przez Lenetkhi do Kuitasi. Razem 640 km, ciężkich 640 kilometrów
  ale niezwykle atrakcyjnych, przepięknych widokowo, choć w strasznie biednej i cofniętej sporo, sporo lat krainie.
    Będzie duży skrót, ale na wspólnych wycieczkach opowiemy więcej, więcej również w galerii zdjęć. 


 Udział wzięło 16 osób; Dwie Agnieszki, Grażynka, Ela, Halinka, Andrzej, Mirek, Sławek, Michał, Marian, Janusz, Marcin, Rafał, Paweł, Staszek i ja (Adam). Do Gruzji polecieliśmy samolotem, i już pierwszego dnia zaraz po złożeniu rowerów ruszyliśmy nad morze. Morze Czarne -  Ureki, gruziński kurort (kurort?) z magnetycznymi plażami i czarnym piachem.Tam oczywiście kąpiel w morzu i czarnym piachu.
Magnetyczna plaża w Ureki

 Następnego dnia ruszyliśmy wzdłuż Morza do Poti (największego miasta portowego Gruzji) ale nie powaliło, ruszyliśmy dalej, różnymi drogami, przez gruzińskie mosty, do Khobi, do Monastyru zahaczając po drodze o dziką plażę. Tam już zaczęła się eskorta policji, która nawet w nocy nie spuszczała nas z oka (ale spoko, oni pilnowali, my wakacjowali i wszystko okej się uzupełniało) a krowy i świnie oraz pozostały inwentarz to stały obraz gruzińskich ulic.
Krowy na drodze to norma - Mosty to były różne - Nasze dziewczyny w Monastyrze w Khobi
W Khobi nocleg, naprzeciwko Monastyru, w eskorcie policji, a nazajutrz Zugdidi, pałac potomków Napoleona, rodziny Dadiani, i dalej już w górę, nad jedną z największych zapór wodnych na świecie do Jvari, gdzie na noclegu przeżyliśmy rzadko, bardzo rzadko, prawie nigdy nie spotykaną wichurę. Zdmuchneło Mariana, ale sie udało. (W drodze spotkaliśmy dwoje rowerzystów, on z RPA, ona z Kanady, potem mijaliśmy się kilka razy, jechaliśmy tą samą trasą)

Halinka z policjantem w Zugdidi - My z dwójką turystów z RPA i Kanady - zapora w Jvari
Dalej zaczynał się już prawdziwy Kaukaz, przepiękna Svanetia, kto nie był w Svaneti, ten nie był w Gruzji, tak powiadają, i chyba prawdę mówią.

Niebieska rzeka Enguri ciągnąca się do zapory przez 40 km

Dalej znowu mocno w górę, Mestia, główne miasto Svaneckiego  Kaukazu i nieodłączne kamienne wieże aż po Uszguli.


Mestia to miało być gruzińskie Zakopane, no jeśli gruzińskie to było, ale tylko gruzińskie. Tam zabawiliśmy tylko jedno krótkie popołudnie i noc. Z samego rana, skoro świt ruszyliśmy do Uszguli. Wioski najwyżej położonej w Europie (jeśli można to nazwać Europą). 45 km z Mesti do Uszguli zajęło nam 10 godzin, z upałem , podjazdami i przerwami. Ale dojechaliśmy, w Uszguli czekał na nas dzień bez roweru.




Uszguli - to był chyba punkt kulminacyjny.  Tam zakwaterowaliśmy się w miejscowych hotelu (hotelu? - Grażka budziła mnie w nocy abym wyganiał myszy z pokoju)
Stamtąd ruszyliśmy na lodowiec pod Szcharą (najwyższym szczytem w Gruzji - 5193 m.n.p.m ), ale lód był dużo, dużo niżej. (część z nas poszła piechotą, a część dojechała marszrutką). Po południu zwiedzaliśmy Uszguli.


Z Uszguli na przełęcz Zagaro to najcięższe 8 km. Najwyższy punkt na trasie 2625 m.n.p.m


A potem już w dół, choć nie za bardzo bawiło. Pierwsze ok 40 km po kamulacach, po hamulacach. Nie obyło się bez kapci i przewrotek, ale w miarę szczęśliwie, dużo krwi się nie polało.




Potem trochę asfaltu i mocno w dół
 ( nawet 68 km/godz) aż pod Lantheki.


Tam podzieliliśmy grupę. 5 osób ruszyło do Kutaisi, a 11 dalej w naturę gruzińską, z dala od wielkich miast.
Zwiedziliśmy m.in Jaskinię Prometeusza (nigdy w tak wielkiej nie byłem) i Kanion Martwili gdzie odbyliśmy rejs pontonami.
 Pod Kutaisi w Kapturi na lotnisku spotkaliśmy się już razem, i razem odlecieliśmy do Polszy. Ani tych parę słów, ani tych parę, nie wiem jakim cudem wybranych zdjęć nie oddają relacji z wyprawy. Może więcej zobaczycie w galerii zdjęć, bez słów. Tam więcej obrazu. Tymczasem - MAGLOBA !

_____________________________________________________________________________

POLSKA  - Green Velo - i jeszcze dalej- -sierpień 2016

W dniach 30 lipca - 13 sierpnia zaliczyliśmy górny odcinek Green Velo (choć nie w całości, czasami gdzieś zbaczaliśmy, ale się nie wykoleliliśmy). Start rozpoczęliśmy w Siedlcach, stąd do Green Velo miało być tylko 60, wyszło 80 km, no cóż przeważnie więcej wychodziło niż było zaplanowane.
W sumie przekręciliśmy 994 km, a skończyliśmy w Gdańsku już poza trasą Green Velo, ale większość trasy jednak tym słynnym nowym szlakiem rowerowym, choć mocno przereklamowanym, ale wspomnień wiele i uroków ściany północno- wschodniej niemało. Raz było nas mniej, raz więcej, raz naprawdę dużo, jest co wspominać - a to nie "są tanie rzeczy"!
Nasza trasa wiodła z Siedlec przez Drohiczyn, Siemiatycze, Grabarkę, Hajnówkę, zalew Siemianowski, Supraśl, (Białystok wzięliśmy łukiem), Tykocin, Osowiec Twierdza, Augustów- Studzieniczna, Stary Folwark, Suwałki, jezioro Hańcza (Bachanowo), Gołdap, Węgorzewo, jezioro Wigry, Pieniężno, Braniewo, Frombork (tu koniec Green Velo) a my dalej przez zalew Wiślany, Krynicę Morską do Gdańska - meta.

A drogi były różne, szutry, asfalciki, asfalciki gorsze niż szutry, tarka, w górę , w dół, były też i ścieżki rowerowe, jedne lepsze inne typowo polskie, cały wachlarz dróg, a to nie są tanie rzeczy.

Po drodze jest co zobaczyć, ale nie zawsze starczało czasu. W Drohiczynie zwiedziliśmy wystawę starych motocykli i Muzeum Kajakarstwa, w Grabarce cerkiew i Świętą Górę Krzyży, oraz kilka cerkwi na Podlasiu, w Tykocinie byliśmy na zamku, w Synagodze i starodawnym drewnianym domku, Sanktuarium w Studzienicznej, klasztor pokamedulski w Starym Folwarku, galerię na Suwlszczyżnie, mosty w Stańczykach, Port w Węgorzewie, bunkry w Mamerkach, kościoły i zamki z czasów Krzyżackich, klasztor, planetarium i Muzeum Kopernika we Fromborku a na koniec Gdańską Starówkę, gdzie trwał Jarmark Dominikański
I to też nie były tanie rzeczy.

Jedliśmy co się dało, jajka, kartacze, ryby i choć też to nie były tanie rzeczy głodni nie chodziliśmy, przepraszam nie jeździliśmy.
W restauracjach smakowało, raz lepiej raz gorzej ale te nasze dania, jajecznice, placki ziemniaczane od podstaw, tzn od wykopania ziemniaka i dalej przez kolejne szczeble ewolucji tego dania - pycha.




I jeszcze sprawa noclegów. Z hoteli zrezygnowaliśmy, Głównie jak ślimak swój domek woziliśmy na plecach, plecach naszych rumaków. Spaliśmy głównie na campingach, ale zdarzało się gdzieś w gospodarstwie (miło wspominamy), na wiejskim placu zabaw, w domku campingowym czy w czteropiętrowym wieżowcu.


No i jak wiadomo główny nasz środek lokomocji to rower ale po wodzie się nie dało. Korzystaliśmy więc z różnych wodnych napotkanych cudeniek. Promy rzeczne, tramwaje wodne a nawet katamaran.
Ale pisać można co ślina na język przyniesie, a w galerii zobaczycie całą wyprawę, obrazki jednak więcej pokażą niż powyższa literatura.
____________________________________________________________________________


Rumuńska Dobrudża

Piętnastoosobowa ekipa STR nawiedziła kraj pochodzenia mojej babci, kraj pełen kontrastów, z przepiękną Deltą Dunaju (chyba nr. 1 wyprawy) wybrzeże Morza Czarnego - aż po Bułgarię i bezkresne pola Dobrudży, w spiekocie lata, 770 km, z nieba lał żar, z rumuńskich winiarni lało się wino, pot nas zalewał, ale wytrwaliśmy!
Trasa: Braila- Horia - Muringhol - Jurivolca- Vadu - Konstanca - Vama Veche - Murtiflar - Cerna Voda - Harsova - wioska pod Brailą nad Dunajem (finisz)
Do Rumunii w okolice Braili dotarliśmy busem (nigdy więcej tak długiej podróży) - potem już rower, wolność i swoboda; Góry Macin, jeziorko Horia, Tulcza i cały czas w górę i na dół, aż do serca Delty Dunaju Muringhol.
Tam przesiedliśmy się na łodzie motorowe, wśród pelikanów, kormoranów, czapli, ibisów i mnóstwo innego ptactwca, poprzez wyspę na której mieszkają dzikie konie i osły - to chyba najpiękniejszy dzień wyprawy.
Z Delty Dunaju ruszyliśmy na wybrzeże, pola kukurydzy, słoneczników, pozostałości osad rzymskich, jeziorka i upał, upał, upał. Jarivolca, Plaja Vadu. Konstanca, Vama Veche.  Plaże, te dzikie z delfinami, mnóstwem muszli, te w kurortach, Mamamija, Vama Veche - to nie Bałtyk, moooorze Czarne!
I powrót nad Dunaj, zwykła Rumunia, wioski cygańskie, kukurydza, śmieci, upał, stada kóz i baranów, i wszędzie, wszędzie arbuzy, melony - danie podstawowe i winogrono, winnice i degustacje.
Cerna Voda - przypadkowo, rumuński żandarm, od razu przyjaciel, przewodnik, snajper, negocjator, ileś tam w jednym - Catalin Stoica.  Dzięki niemu zwiedziliśmy miasto, odwiedziliśmy kolejną winnicę, nocleg w hotelu, no i kolacja, wykwintna, inna niż wszystkie - full wypas. (ale zanim wypas, do hotelu pod górę, wjechać tam - masakra) zresztą Rumunia to góry, góry to Karpaty, a na Dobrudży miało być płasko, toż to Delta Dunaju, wybrzeże, płasko nie było, nie było!

Atrakcji za to nie brakowało, "wyzwolenie plażowe", błotne kąpiele, delfinarium, Konstanca, Braszów, Bani Termale, hipisowska plaża, osły, komary, i wspaniali ludzie, Rumuni są bardzo otwarci i życzliwi, i mają palinkę, i złote zęby, i duże biznesy i prawie nic, ale wszyscy przyjacielsko nastawieni (nawet przygarnęli bezdomnego Janusza pod hotelem), jedyne co im "przeszkadzało" to Lewandowski (3 gole) ale wybaczyli.

Wkradło się trochę chaosu w tej relacji, może galeria, bez słów obrazkowo powie więcej, zapraszam, mnóstwo zdjęć, wspaniałe pejzaże Konrada, miłego oglądania (dla uczestników, wspaniałych wspomnień) - dla każdego coś miłego! Ale za dużo tego słodzenia, zobacz, oceń!

Bilans zysków i strat - (minus) 10 dętek, opona, dwa złamane podnóżki, dwa błotniki, bagażnik wszystko pryszcz - emocji i pozytywnych wrażeń więcej.

Mapa trasy:


____________________________________________________________________________

SARDYNIA (Włochy)  - wrzesień 2018


...wiedziałem, że nie będzie płasko, spodziewałem się gór, ale nie aż takich. Pierwsze dwa dni tak nam dały w kość, że padaliśmy jak  muchy na rozgrzanym asfalcie. Te padnięcia też miały swoje dobre strony, po chwili lizania asfaltu wspaniały widok, skały, morze i znowu che się żyć, żyć i podziwiać to co wokoło, widoki niesamowite. Co i raz wjeżdżamy do jakiegoś miasta; Cagliarii, Iglesias, Oristano, Bossa, Alghero (chyba najpiękniejsze), Sassari, Castelsardo, Santa Teresa Galura, Porto Cervo, Olbia - tu każdemu trzeba by oddać osobną księgę. Urzekło nas Iglesiass ze wspaniałą starówką, Bossa z malowniczymi kamienniczkami, Castelsardo z zamkiem na wzgórzu i miasteczkiem wokół to bajka, Porto Cervo miasteczko gwiazd, jachtów, ferrari i bunga-bunga trochę zawiodło (może byliśmy w nie odpowiednim miejscu). W Alghero dzień przerwy, z rowerów przesiadamy się na statek i płyniemy po morzu Śródziemnym do jaskini Neptuna - jaskinia godna polecenia (jedna z największych atrakcji Sardynii). Te wąskie uliczki, pranie za oknami, parasolki, a za miastami plaże wśród skał, i ta woda która unosi (nawet mnie, Michała też). Warto się było tak pomęczyć aby zobaczyć to co się zobaczyło, zjeść to co się zjadło, sardyńskie robaki, mniam, mniam, do tego inchusa - sardyńskie piwo i wino różnych smaków.
Trochę luzu we Włochach kontynentalnych, gdzie dotarliśmy z Sardynii promem. Zwiedziliśmy Rzym - Forum Romanum, Coloseum, trochę Rzymu z Panteonem i pobliskimi placami, Watykan z placem Św. Piotra i do domu.

Siedem punktów głównych:

Pogoda? - wymarzona, aż za nadto słońca, jeden deszczowy dzień, jeden wietrzny, tak dla rozrywki a rozerwać się w takich górach naprawdę można, i trochę się rozerwaliśmy, prawie 800 km, różnych kilometrów, np 45 kilometrowy odcinek z Bossy do Alghero jechaliśmy ponad 6 godzin, na szczytach miejscowi i niemieccy turyści bili nam brawo, bravisimo - no batery, Giuseppe też nas oklaskiwał i chętnie się fotografował, zamknięta pizzeria wspaniale nas ugościła, stada owiec dzwoniły po drodze, capucino i rogalik z rana dodawały energii a wieczory ukajało sardyńskie wino. I to co przeżyliśmy, to co zobaczyliśmy, co zjedliśmy i wypiliśmy, to nasze, wspomnienia pozostaną.

Masę zdjęć w Galerii 2.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz