sobota, 14 września 2019

Armenia


Swą podróż zaczęliśmy w Erywaniu, dokąd udaliśmy się samolotem.  Zwiedzanie stolicy Armenii zostawiliśmy sobie na deser i ruszyliśmy przez góry nad jezioro Sevan (przez Ormian nazywane morzem). Już pierwsze podjazdy dały nam mocno w kość, zwłaszcza, że jechaliśmy z całym wyposażeniem biwakowym, wypchane sakwy, namioty stanowiły duże obciążenie. Widoki na jeziorem Sevan niesamowite, pełno wody, otoczone górami. Jest to jedno z najwyżej położonych jezior na świecie, znajduje się na wysokości 1916 m n.p.m. Po dwóch dniach podróży brzegami Sevanu pociągnęło nas jeszcze wyżej. Wspięliśmy się na przełęcz Sulema, na wysokość 2410 m n.p.m. Tu z góry bajkowe krajobrazy, kręte drogi jak wstążeczki pofałdowane wiatrem, gdzieniegdzie samochodziki  jak z dziecinnej kolekcji i zielone wioski na zboczach żółtych gór. W sumie przez niemal całą wyprawę zmagaliśmy się z górami.
 Armenia to pierwszy chrześcijański kraj na świecie. W 301 roku król Tiridas III ustanowił chrześcijaństwo religią państwową a Grzegorz Oświeciciel został Katoliksem – Patriachą Kościoła Ormiańskiego. Stąd na naszej drodze głównymi punktami były starożytne świątynie, monastyry i chaczkary (kamienne ormiańskie krzyże). Zwiedziliśmy klasztor Norawank wśród czerwonych skał, Sewananak nad jeziorem Sevan, Geghard wysoko w górach, świątynię Mitra w Garni i wiele innych. Odwiedzilśmy również Eczmiadzyn, ormiański odpowiednik Watykanu (chrześcijańscy ormianie mają swojego zwierzchnika kościoła Katoliksa i nie podlegają Papieżowi).
Armenia to również kraj wina, najsłynniejsze to Areni, naprawdę doskonałe. Jadąc wśród rozległych plantacji winogron, co i raz częstowano nas winogronami, aż do przesytu. Zajrzeliśmy również do ormiańskiej winnicy gdzie suto nas ugoszczono.
Na koniec zwiedzanie stolicy Armenii – Erywania. Wszystko co najważniejsze w tym mieście zobaczyliśmy; Kaskady, Plac Republiki z przepięknym pokazem tańczących fontann, Katedrę św. Grzegorza, Błękitny Meczet, główny deptak – Prospekt Północny, oraz okazałą Erywańską operę (gdzie tego dnia niestety nie było spektaklu ormiańskiego, i w ramach jakiegoś święta przyjaźni armeńsko-chińskiej wysłuchaliśmy spektaklu chińskiego, nie polecam, odgłosy jak z ubojni zwierząt.
 W oddali święta góra ormian - Arrarat, niestety dzisiaj po tureckiej stronie, podziwialiśmy ośnieżony szczyt gdzie niegdyś dopłynął na swojej Arce Noe.

W sumie przejechaliśmy nieco ponad 500 km, ale w tym terenie to naprawdę wyczyn. Temperatura często wskazywała powyżej 30 stopni, pot lał się strumieniami, ale w nocy w górach mocno spadała i często w namiotach marzliśmy. Zdarzały się również burze, ale te zazwyczaj szybko mijają. Bywało i tak, że tam gdzie chcieliśmy się rozbić grasują niedźwiedzie i  trzeba było zmykać. Polecamy odwiedzić Armenię, przepiękny kraj, choć mocno zróżnicowany, bieda na Kaukazie i wypasiona stolica. 
Pozdrawiam po ormiańsku – are, are. Poniżej szczegóły naszej wyprawy, dzień po dniu;

Dzień 1; Erywań - Nor Geghi - 36 km. (przez Erywań przejechać rowerem to nie lada wyzwanie, uff, udało się, chcąc uniknąć głównych dróg wpadliśmy na zupełne bezdroża, ale nocleg pod niedokończonym sanatorium, wśród stada krów, ok.

Dzień 2; Nor Geghi - Hrazdan - 43 km (pierwsze poznanie z ormianami, wspólne śniadanie, wędzone ryby i coś na ząb, tu pierwszy poważny podjazd gdzie umknął nam Błękitna Strzała, ale wrócił i odpoczywał z nami, na tym etapie uczyliśmy się jak jeść w restauracji, żeby jeść razem, a nie jeden nic, a drugi wszystko)


Dzień 3; Hrazdan - jezioro Sevan - 48 km (dotarliśmy nad armeńskie morze, jezioro Sevan, zaczęło padać, ale klasztor Sewananak zwiedziliśmy, kupiłem pierwszy dzwoneczek, nocleg nad jeziorem na campingu, nad wodą, za wodą szczyty gór, malutka kąpiel, chwila plaży, kilikia i spać)



Dzień 4; Sevan - Martuni - 68 km (tu mieliśmy pogodowego pecha, trasa wzdłuż jeziora, piękne plaże, ale leje, no cóż po drodze herbatka w przydrożnej spelunie, potem klasztor i wspaniałe chaczkary, rybka w wyśmienitej restauracji, jeszcze jeden klasztor, chaczkary i nocleg nad brzegiem Sevanu, a że w towarzystwie Rudolfa... nic tylko wspomonać, are,are)

Dzień 5; Martuni - przełęcz Sulema - Agidzhadzor - 44 km (ta przełęcz to chyba najpiękniejsze widoki na trasie, warto było się pomęczyć, by wypić kawę na 2410 n.p.m, po deszczowy dniu znowu gorąco, a i nocleg nad strumykiem w pięknym miejscu, ognisko, are armenia)

Dzień 6; Agidzhadzor - Norawank - 43 km (na początek zjazd, parę minut i 15 km do przodu, hamulce rozgrzane jak węgiel w piecu, potem lekko pod górę, i wspinaczka pod Norawank, 8 km ale jakie, w końcu jest klasztor wśród czerwonych skał, pozwiedzamy, i rozbijemy namioty, ale tu ani grama płaskiego, o, jest płaski placyk pod klasztorem, pytam księdza czy możemy się rozbić, ksiądz pozwala ale ostrzega przed niedźwiedziem, no
dobra będziemy uważać, ksiądz dalej - ty paniał, niedwied, idziemy na obiad do pobliskiej restauracji, nadchodzi burza, jemy, czekamy aż przejdzie, obsługa powoli się zwija, zamykają knajpę, i pytają - a gdie wy budiet otdychat, no tu pod klasztorem, jeden z z obsługi puka się w głowę i tłumaczy, od dwóch miesięcy przychodzi tu co noc niedźwiedź i robi kipisz w knajpie, mamy monitoring, no cóż burza, nie burza,  już ciemno, jedziemy w dół, jest hostel, wygodne łóżka, kąpiel i galon wina Areni, to było to)


Dzień 7;  Norawank - Areni - Helss Canion
 - 31 km (niby taki krótki etap, ale pod górkę, pod górę, średnia 4,7, na wstępie wizyta w winnicy, winne śniadanie, przepyszne, potem incydent z ręcznikami i poszukiwanie kanionu, jest, ale jaka droga, znowu strach przed niedźwiedziem, ale urocze miejsce, gorzej z rana się wydostać, ale poszło)

Dzień 8; Helss Canion - Vian Artaszat - 64 km (winne okolice, ale na początek znowu mocno pod górę, potem piękny zjazd wprost do siedziby generała, który nas ugościł opowieściami historycznymi i 20-letnim arraratem, potem już tylko winogrona i nocleg w parku miejskim)


Dzień 9; Vian Artaszat - Garni - 35 km (czyżby w dół, nic bardziej mylnego, ponowna wspinaczka i zjazd nad jezioro, ostrożnie, po drodze znowu klasztor i przyjazd do Garni, nocleg w hostelu i wieczorna wizyta w świątyni Mitra)

Dzień 10; Garni - Geghard - Garni - 28 km (rano wycieczka piesza do wąwozu Garni, skały zwane bazaltowymi organami to niesamowity widok, istna skalna symfonia, potem wspinaczka na Gaghard, bez bagażu i powrót do Garni)

Dzień 11; Garni - Erywań - 41 km (na początek pomnik, monument matki Armeni, potem fabryka Arrarat, niestety nie udało się zwiedzić, ale koniaki zakupiliśmy, miodzio, wieczorem opera a na deser tańczące fonntany na placu republiki)
Dzień 12; Erywań - O km (spacer po stolicy, katedra św. Grzegorza, największa w Armenii, byliśmy na mszy obrządku ormiańskiego, ale nie dało się wytrwać do końca, potem bazar i zakupy, deptak Abyovan i rosyjsko- armeńskie święto, wizyta w Błękitnym meczecie, kaskady nocą a na zakończenie armeńskie wino)



Dzień 13; Erywań - Eczmiadzyn - lotnisko - 36 km (wizyta w armeńskim Watykanie i zakończenie wyprawy, ou, trasa płaska)


Dokładna trasa wyprawy, kilometry, przewyższenia, mapki tutaj
Udział wzięli; Grażyna, Agnieszka, Tomek, Krzysiek, Michał, Konrad, Błękitna Strzała i Adam.
Zapraszam do galerii 2 na dużą dawkę foto.

czwartek, 12 września 2019

W niedzielę na rybę

15.09 wycieczka kulinarna. Jedziemy do restauracji "Karpik i karpik" w Walendowie nad Stawami Raszyńskimi.
 To Mekka głodnych i smakoszy
 (jak mawia tytuł eseju Tomasza Zganiacza)
Karpiu drogi! Sensie życia!
Mekko głodnych i smakoszy
Przez ćwierć wieku nam dostarczasz
Kulinarnych nam rozkoszy...
(więcej na stronie Karpia tutaj )
Start pod MCK godz. 10.15
Trasa: Milanówek - Owczarnia - Książenice - Siestrzeń - Młochów - Rusiec - Kosów - Walendów - Stawy Raszyńskie - Karp i karpik - Paszków - Strzeniówka - Komorów - Pruszków - Parzniew - Milanówek - dystans ok 50 km.

W drodze powrotnej zatrzymamy się w Brwinowie, tam rekonstrukcja Bitwy pod Brwinowem z 12 września 1939 roku, gdzie przewidziany jest atak lotniczy samolotu Messerschmitt o godz.15,00


środa, 11 września 2019

Relaksowa rowerowa i wodna niedziela


                Pomimo pewnych obaw czy coniedzielna wycieczka dojdzie do skutku (Prezesostwo i część STR kręciła w wielkim świecie) niezawodny Sławek myślał, myślał i wymyślił trasę w sam raz na upalną niedzielę kończącą tegoroczne wakacje w kraju. Pod MCK-iem stawiła się dziewiętnastka (tyle naliczyłem) tych co na ogół wolą wąskie siodło od fotela co niedziela. Niespiesznie pojechaliśmy sobie znanymi okolicznymi drogami trochę na okrągło (wypadało coś mimo wszystko przejechać) w kierunku Pruszkowa. 

Pierwszy postój to Glinianka Hosera w Parku Kultury i Wypoczynku Mazowsze w dzielnicy Pruszkowa Żbików. Wiadomo, że jak woda i jeszcze ciepło to nie ma zmiłuj, kąpiel musiała być i pływacy STR dokręcali kilometry wpław. Lądowi relaksowali się na ławeczkach w cieniu drzew konsumując i popijając to czy owo. Zamiast prezesowej kawy i herbaty z ciastkami były pierwsze zwiastuny zdjęciowe via agencja Marta press i komórka Justyny od grupy twardzieli STR z rowerowych wakacji w Armenii. Ku zaskoczeniu wszystkich odbyło się zwyczajowe losowanie drobnych nagród niespodzianek przeprowadzone pod nieobecność Prezesa przez Justynę. 
                Z glinianki pojechaliśmy kilka kilometrów do centrum Pruszkowa na lody od Włocha. Obiektywnie trzeba przyznać, że są to faktycznie najlepsze lody w bliższej i dalszej okolicy. Po lodach plan wycieczki uległ  modyfikacji. Większość grupy zdecydowała, że jedzie  bezpośrednio w kierunku Milanówka na popołudniowe uroczystości związane z  1-ym września lub po prostu do domu.  Gliniankę Moszna zostawiliśmy sobie na inną okazję.
                I tutaj w zasadzie można by zakończyć, jednak czteroosobowa grupa autochtonów zdecydowała się na kontynuację przejażdżki i w miejsce Glinianki Moszna na rozpoznanie walką akwenu w pobliskich Puchałach. Pojechaliśmy sobie wzdłuż Utraty, przez Michałowice i Reguły do wspomnianych Puchał, a tam szok. Zbiornik całkiem spory, ludzi jeszcze więcej, a po wodzie pomyka kilka skuterów wodnych (prawie jak na Mazurach z akcentem na prawie). Tak czy inaczej kąpiel zaliczyliśmy i chyba faktycznie była to ostatnia kąpiel w tym roku związana z wyjazdem STR-owym. W sumie niby daleko nie jeździliśmy, a i tak wyszło około 60 km na kole i z 1,5 km w wodzie. Jak zwykle zapraszam na kilka zdjęć w Galerii 2.                                                                                                                                                                                                                                                                                                Marek
 

wtorek, 27 sierpnia 2019

Dla tych co w kraju

1 września (niedziela)

Ostatnie kąpiele w tym roku
Start; Milanówek MCK godz. 10,00
Trasa;
Milanówek, Czubin, Rokitno, Płochocin, Ożarów, Konotopa, Glinianka Hozera, Glinianka-Moszna,  Lody u Włocha w Pruszkowie (najlepsze na świecie), Parzniew, Brwinów, Milanówek
(razem 50km na kołach + 2 km stylem dowolnym). 

Wyprawę wakacyjną STR rozpoczynamy


Przed nami nie lada wyzwanie ;
Erewań, jezioro Sewan i armeński Kaukaz.
Na razie tylko tyle,
po powrocie obszerne relacje i zdjęcia
Do zobaczenia.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Wzdłuż Mieni wszystko się Mieni

Taki był początkowy tytuł tej wycieczki, ale po dokładnym wytyczeniu trasy , w poście zapowiadającym  wydarzenie zmieniłem tytuł pisząc "Wzdłuż Mieni... i Świdra".
I faktycznie trasa przebiegała brzegami obydwu rzek, ale będąc pod wrażeniem Mieni (choć to tylko odcinek ok 5 km nad samym jej brzegiem) to pozostawiam jako dawniej było.

A Mienia, to ok 40 km rzeczka, dopływ Świdra. Nazwę swą wzięła od metalicznych błysków pojawiających się w nurcie rzeki, spowodowane przez występującą w jej podłożu rudę darniową.
Odcinek, który przejechaliśmy to prawdziwy puszczański hardcore. Wokół pełno powalonych drzew, na trasie i w wodzie (bobry zrobiły swoje), strome urwiska a na nich wąskie ścieżynki. MTB najwyższej klasy, a las nad brzegami meandrującej Mieni jak prawdziwa stara puszcza. A jej prastarym symbolem ok. 400 letni dąb zwany Mazowieckim Bartkiem. Dla tych paru kilometrów naprawdę warto tam wpaść, choć z rowerem to trzeba ostrożnie, ale niektórych to puszczańskie MTB poniosło (mnie także).
I tak Mienia zostanie najbardziej zapamiętana z tego wypadu, ale to nie było wszystko co zdarzyło się w tę niedzielę. Opuszczając brzegi Mieni ruszyliśmy na kąpielisko do Kącka, na relaks, kawkę, po tradycyjne nagrody, i wspomnienia na żywo znad Mieni, a dla pływaków STR relaks wodny.
Potem droga nad Świder, po drodze awarie ogumienia. Nie wiem czy to po tej hardcorowej trasie, czy dlatego, że to Janusz i Grażyna. Do tego, chyba trochę źle obliczyłem czasowo trasę, nie mam doświadczenia w terenowych przejazdach, i z tych powodów skróciliśmy trochę zaplanowany przejazd. Oczywiście nad Świder dotarliśmy, już mniej terenowo ale trochę też było. Już mniej puszczańsko, bardziej plażowo.
W sumie pętelka 55 km, niektórzy dokręcili więcej wracając do domu na kołach.
 I niech pozostanie, że "Wzdłuż Mieni wszystko się mieni".
 Warto by wrócić jeszcze w te tereny,
ale i warto zajrzeć do Galerii 2.



środa, 14 sierpnia 2019

wzdłuż Mieni ... i Świdra

18 sierpnia (niedziela) - Wzdłuż Mieni się mieni... a dalej wzdłuż Świdra - trasa wzdłuż rzek na północ od Otwocka - dość trudna , w połowie terenowa ok. 62 km.
Start w Józefowie pod stacją godz. 10.20
Dojazd do Józefowa SKM-ką z Pruszkowa - odjazd godz. 9,13
(do Pruszkowa można na kołach, lub pociągiem godz. 8,54 z Milanówka)
trasa;  Józefów -  Emów (terenowo wzdłuż Mieni, Mazowiecki Dąb Bartek) - Wiązowna Kościelna - Kąck (kąpielisko) - Celinów - Zamieni - Tartak - Cielechowizna (przekraczamy Mienię) - Iłowiec - Grzebowilk - Rudzienko - Dobrzyniec (nad Świdrem - kawa po ok 40 km) - dalej wzdłuż Świdra - Czarnówka - Kopki - Wólka Mlądzka - Radiówek -  (przecinamy Mienię - pomnik lotnika - punkt widokowy - Mazowiecki Park Krajobrazowy im Czesława Łaszczaka) - Borowa Góra - Falenica  - (na koniec obiad - Restauracja indyjska lub La Republika (włoska) w Falenicy i powrót pociągiem...
 - SKM-ką  do Pruszkowa, dalej (do domu) wedle życzenia, na kołach lub pociągiem.